




ciekawi mnie. jak będą za kilka lat wyglądać wspomnienia dzisiejszych dni. jaki jest proces kodowania i doboru wspomnień które zachowujemy. nie chodzi mi nawet o rzeczy istotne. konkretne. do pamiętania takich nigdy nie miałem zdolności. interesują mnie takie ulotne błahe momenty, które z ckliwością przywołujemy w pamięci. cień firanki na suficie w sierpniowy wieczór, obrót klucza w zamku którego już od lat nie ma w drzwiach, bezmyślnie wypowiedziane zdanie. i ciekawe co pamiętać będziemy oprócz obrazu. jaką myśl przemycimy od "wtedy" do "teraz".
o ilu mniej lub bardziej bliskich osobach nie będziemy już pamiętać? o ilu uściskach dłoni, pocałunkach i uniesieniach, które o dziwo dość łatwo odchodzą w niepamięć. każda znajomość jest jedynie chwilowa. moglibyśmy przytaczać setki takich znajomości, ale akurat nie przychodzą nam do głowy. ale dlaczego? otóż dlatego, że ich nie pamiętamy. czasem odbiją się echem podczas przypadkowego spotkania, i wtedy znjadujemy z nimi sąsiadujące. i pamiętamy je jedynie przez chwilę.
jedziemy razem pięć pięter. z wyjątkiem szumu starego dźwigu windy w absolutnej ciszy. patrzę na mijające mnie numery na drzwiach. na podłogę. na ściany. na swoje buty. na nią staram się nie patrzeć. chcę uniknąć kłopotliwej wymiany spojrzeń. znamy się ledwie chwilę. z dokładnością kilkunastu minut, osiem godzin. uścisneliśmy sobie dłonie. spytałem czy się czegoś nie napije. nie chciała. przez te osiem godzin nie patrzyłem na nią. kiedy dojechaliśmy na parter, pożegnaliśmy się dość ciepło, powiedziałem miło lecz machinalnie "do zobaczenia", chociaż nie chciałbym zebyśmy się jeszcze spotkali. świadomie chcę wrzucić tą znajomość do kosza "zapominanie". nie patrzyłem więc może nie będę pamiętał. niestety nie mam gwarancji, że moje starania przyniosą efekty. chciałbym też, żeby staranne przyglądanie zagwarantowało wspomnienie miłych mi osób. a jest ich parę wartych pamiętania. dla pewności że zrobiłem wszystko co w mojej mocy, przyglądam im się dokładnie. niestety nic nie jest pewne.
a świat stał się do bólu nudny i przewidywalny. my, jako część jego historii, jako jego bohaterowie, staliśmy się niezwykle banalni. wszystko jest już poukładane, dokładnie zaplanowane. a mimo to, niekoniecznie skazane na powodzenie. architektura planów, w których zawsze może czaić się błąd. jeszcze jakiś czas temu, jeszcze wczoraj, mogliśmy bujać głową w obłokach. i utożsamiać się z kulfonem, któremu żaba monika śpiewała "kulfon kulfon co z ciebie wyrośnie? martwię się już od tygodnia". fajnie było nie podejrzewać co będzie dalej. mogliśmy pamiętać znacznie więcej ponad sprawy zupełnie konieczne. a jak jest obecnie? proste pytania potrafią pozostać bez odpowiedzi. przed zupełnym niepamiętaniem, ratuje nas jedynie nowo nabyty schemat prostych wydarzeń. determinujących nasze obecne życie. od tego dnia do tego - praca. w godzinach takich a takich. a w piątek? - reset systemów. upijamy się. ale chyba już nie po to by dobrze się bawić, znów po to by nie pamiętać. dni są do złudzenia podobne do siebie. zaczynające się kacem nikotynowym, tabletką od bólu głowy w roli śniadania, porannej higieny.
długie mycie zębów, niemalże przez sen; prysznic, golenie tu i tam; suszenie włosów; wnikliwe badanie postępującego podkrążenia oczu. plan na wieczór też nie jest specjalnie złożony. herbata, kilka papierosów, rozdział książki, prysznic i lulu.
nie wiele z tego warte jest pamiętania. to dobry powód by nauczyć się doboru wspomnień

5 komentarze:
rozdział książki... stary, odkąd Cię czytam, zawsze zazdrościłem Ci ciekawego trybu życia. Mi się nawet już tej pierdolonej książki nie chce. A sentymenty przychodzą tylko na procentach. Nie biadol, man.
najgorsze jest to że większość populacji chce owej schematyczności.
schematyczność to porządana forma życia. przyjechać do stolicy z każdego kąta kraju, wpiąć się korporację całym sobą i tyrać dobowo powtarzając mantrę. Dojść do momentu zdolności kredytowej, nabyć cztery ściany, kupić subaru forestera. W piątek wystać pod klubem do już do domu 300km jechać się nie chce. reset. reset. reset.
reset by nie pamiętać jest cechą tych, którzy wstydzą się tego jak żyją. nie że chcę Cię pocieszać, może wręcz przeciwnie. życie całe szczęście to z małymi wyjątkami ciężkie zmaganie się nie z chujowym światem, systemem, podatkami, dłużnikami i wirzycielami, to nie tylko zapładnianie i treningi zapładniania, nie tylko maratony picia i życia. Życie czasem jest fajne i zawsze wiesz o tym wtedy, kiedy jest już chujowo.
ja nie mam szalonego zycia takiego o jakim marzylem. mam trzydziesci lat i wnioski na przyszlosc. i mojego dziesieciodniowego syna na ramieniu do odbicia trzymam - dlatego nie ma od pewnej chwili polskich znakow.
mozg jest pojemny. pamietam kazdy dzien mojego zycia od stycznia 1982 roku. ma to swoje plusy. ujemne.
no wrzuć coś nowego!!!! plissssss
HALO!
Prześlij komentarz