20080930

36th. (long way from home)




wysiadam z pociągu. mijam pracownika obsługi metra. mówię mu dzieńdobry, on robi zmieszaną minę. nie kojarzy że widujemy się codziennie. codzień go mijam, codzień wracając do domu wiadam do tego samego wagonu, do tych samych drzwi, codzień z nich wysiadam. facet z metra ma nienagannie czysty i wyprasowany kołnierzyk, swojej służbowej, granatowej koszuli, jest starannie ogolony na twarzy, i na głowie. co widać mimo czarnej, służbowej czapki. robię zmieszaną minę. facet przywodzi na myśl gestapowca. wyjątkowo niesmaczne skojarzenie. ale mamy rok 2008, a ta jego staranność i surowy wzrok, świadczyć mogą jedynie o tym, że podchodzi do swojej pracy bardzo serio. może nawet jej nie lubić. ale ją szanuje.
jadąc dziesięć stacji metra, próbowałem czytać książkę. książka jest wyśmienita, ale nie mogłem się skupić. problemy z koncentracją, zwykle zwalam na twarde narkotyki, którymi uprzyjemniałem sobie czas kiedy byłem nieco młodszy, wam w tym wieku nawet to przez myśl nie przeszło. ale to nieistotne. pochylony nad książką, potrafiłem się zająć jedynie myśleniem o kocim włosie, który z pomocą elektrostatyki przylgnąl do mojego rozporka. w którym kierunku bym nie spojrzał, widziałem go kątem oka. wkurwił mnie niesamowicie, ale nie zdjąłem go. uczę się panowania nad złością. 

a u henryka melancholijnie. późny wrzesień, ubogi w słoneczne dni. mimo przenikliwego wiatru temperatura jest całkiem do przyjęcia. w powietrzu da się wyczuć lekki niepokój. nawet matki szybciej idą odprowadzając dzieci po szkole do domu. henryk wsiada do autobusu, nie ma w nim tłoku, mimo godziny mniej więcej szesnastej. co o tej porze jest dość dziwne. pamiętajcie, że jest w stolicy. w której jest wiecznie tłok, i w której wszyscy się gdzieś śpieszą.  nie jest specjalnie zmęczony, ale wolałby usiąść. jedyne wolne miejsce, nie licząc tego obok śpiącego pijaczka, jest obok dziewczyny mniej więcej dwudziestoletniej. nie jest typową pięknościa ale nie przeszkadza jej to być wyjątkowo atrakcyjną. dobrego wrażenia nie psuje nawet czerwona torebka, sprawiająca wrażenie taniej i trochę tandetnej. ma rozczochrane, ciemne kasztanowe włosy i jeszcze ciemniejsze brązowe oczy. które henryk zauważa mimo tego, że ona uparcie wpatruje się w okno. najchętniej wykazałby się równą obojętnościąi minął ją nawet bez przelotnego spojrzenia. wykluczałoby to jednak przebycie drogi z punktu A do punktu B na siedząco. a pamiętajcie, że o to tutaj chodzi. nieco spłoszony siada obok, angażując wszystkie siły w to, by nie spojrzeć na nią po raz drugi. tego dnia przejechał już trzy razy swój przystanek, tak był pochłonięty lekturą. a teraz jak na złość nie może się skupić chociaż na chwilę. to samo zdanie czyta może już piąty raz, chociaż nie jest nawet podwójnie złożone. później jest już tylko trudniej. nadchodzi fala kilku nerwowych ruchów. ruch pierwszy drugi i trzeci - sprawdza godzinę na telefonie komórkowym. sprawdza aż trzy razy, bo za pierwszym razem nawet nie zauważył wyświetlacza. za drugim razem trafia już wzrokiem na wyświetlacz, ale nie odnajduje na nim godziny. pewnie miała akurat coś do zrobienia. za trzecim razem wie już która godzina, ale po paru sekundach zapomina. nie patrzy po raz czwarty, uznał że poziom irracjonalności stałby się krytyczny. czwarty ruch to włożenie słuchawek odtwarzacza do uszu, co wychodzi mu okropnie niezdarnie, nawet jak na niego. chociaż zwykle słucha muzyki na zycher, teraz ścisza ją potulnie. nie chce wyjść na idiotę. nie ma też zamiaru się odezwać ani zaczepić nieznajomej kasztanki. no bo po co? cicha ta jesień. i taka nieco roztargniona. dwójka nieznajomych. henryk i dziewczyna na fotelu obok, przejeżdżają razem kilka, może kilkanaście przystanków.  ona zwrócona do okna, on z nosem w książce. na jednym z kolejnych ona wstaje, uprzejmie go przeprasza i wysiada. henryk nie zdążył jej się przyjrzeć. nie zdążył zauważyć pieprzyka na lewym policzku, i tego na szyi, tuż za uchem też nie. to było ich ostatnie spotkanie. bóg raczy wiedzieć czy byli dla siebie stworzeni. czy ona by umiała zaakceptować drobne ułomności jego charakteru, a on rozgrzebane szafy i kosmetyki w łazience. obydwoje wypuścili okazję z ręki. nie pierwszą i nie ostatnią.