20080731

34th.



w życiu jest tak, że jak nie dzieje się nic, to jest gorzej niż jakby działo się źle. czas nie lubi stać w miejscu, a jak na złość ciągle próbuje. to taki totalny bezruch. sen somnabulika. głowa funkcjonuje niezależnie od ciała. i jakby się nie szarpać nic na to nie da się zrobić. działamy poza własną wolą, a żniwo naszych działań, jest karą zarówno dla ciała jak i ducha. niestety nie tylko naszego. nie podam żadnych przykładów. niech każdy ma szanse to zinterpretować według własnych doświadczeń. już kilkakrotnie miałem okazję, dotkliwie poczuć na własnej skórze, jakie są konsekwencje własnej niemocy. i czasem wiąże się to albo z całkowitym brakiem działania, albo z jego nadmiarem. nade mną wisi jeszcze parę wyroków. jedne za to co powiedziałem lub zrobiłem, jedne za to co przemilczałem i czego nie tknąłem palcem. trudno określić które będą sroższe. często mam przerwy w mówieniu, myśleniu, czuciu i oddychaniu. teraz wszystkie te przerwy nałożyły się na siebie. jedyne co robię, to nadal lokalizuję ośrodki bólu. i to z coraz większą skutecznością.


20080704

33rd.



lokalizuję ośrodki bólu. ale dziś nie o tym. na wstępie dwie życiowe prawdy-nieprawdy. pierwsza: wcale nie jest prawdą, że jak śpiącej osobie włożycie dłoń do wody to zleje się w łóżko. kompletna brednia. najwyżej się obudzi i będziecie musieli stawić czoła konfrontacji fizycznej. druga: sól w pościeli jest równie mało skuteczna. jej przewagą jest, że nie dostaniecie w papę za kiepskie poczucie humoru. przynajmniej nie w trybie natychmiastowym. ale dziś też nie o tym.
jeden z moich wykładowców - profesor wrzesień, podczas korekty jednego z moich cykli powiedział, że zdjęcia są świetne, ale szkoda że nie są mądre. nie zabolał mnie ten komentarz, bo wcale nie zakładałem sobie, że mają być mądre. po tamtej rozmowie przemyślałem sobie całą sprawę, tamte zdjęcia nie dość że nie były mądre, to w dodatku nie były nawet głupie. robić głupie rzeczy lub być głupim jest trudniej niż by się wydawało. może jest we mnie jakaś ułomność bo nie przychodzi mi to z taką łatwością jak większości ludzi. faktem jest że żyjemy w epoce głupoty. głupota gwarantuje wygodę i spokój ducha, głupi człowiek niezależnie czy bogaty czy biedny, ładny czy brzydki, jest stosunkowo szczęśliwszy niż mądry. głupota jest motorem jego pragnień i uczuć. jego życie jest determinowane przez proste pragnienia. wydawać pieniądze, jeść, spać, uprawiać seks. ostatnio staram się podporządkowywać swój tryb życia, pod zachowania instynktowne, postanowiłem dołączyć do szwadronów ludzi umiarkowanie zadowolonych, względnie szczęśliwych. ale dziś też nie o tym.
od czwartku czekam na przelew za scenografię, którą ostatnio robiliśmy z Zuchą. od tamtego czasu mam 1 złoty i potężny głód nikotyny. ale do rzeczy. teraz o tym. tyrasz dzień w dzień, i nie ważne jak bardzo lubisz swoją pracę, jest ci mega mega kurwa źle. ale nie ze zmęczenia. to jest tak. pracujesz i jest w porządku, wracasz do domu odpocząć, a głowa rozbija się o cztery ściany, w których nie dość że jesteś sam, to na dodatek jest chujowa akustyka. rano wstajesz znów do pracy, wracasz znów do domu, i znów nic. totalnie nic się nie dzieje. kiepsko spotkać w metrze kogoś znajomego, on cię spyta "co tam?", a ty wychodzisz na dupka mówiąc prawdę. nic. ale puenta jest taka: fajne rzeczy to takie które są fajne. i fajne są rzeczy drobne i łatwe. dziś był straszny upał, pojechałem rowerem pomoczyć nogi w fontannie. to było fajne. później posiedziałem w kawce, uciąłem miłą pogawędkę z nieznajomą. to też było fajne. wracając do domu podjechałem do osiedlowego sklepu "u zuzanny". wziąłem fajki na kreskę. a teraz siedzę i palę jednego za drugim. to jest fajne. i na dodatek takie proste.

20080701

32nd. ( parę słów o henryku.)



mały chłopiec ze starej fotografii to henryk. ma jasne blond włosy, które zdają się być zupełnie białe. jak był jeszcze chłopcem, mama mówiła mu że ma oczy wielkie i niebieskie jak jeziora mazurskie. lubił tego słuchać.
gówniane życie zaczęło się dla niego, gdy miał około pięciu lat. spędzał wakacje z rodziną w jakiejś miejscowości nadmorskiej. wieczorami panowały w niej niepodzielnie chrabąszcze i świerszcze. w okolicy stał stary, pordzewiały kuter który dzieci zaanektowały jako plac zabaw. stał w samym środku morza więdnących mniszków lekarskich i pylących drzew. henryk w owym czasie, najbardziej na świecie kochał burta lancastera. znanego mu wówczas jako karmazynowy pirat. wcielał się w niego przy każdej sposobności do zabawy. tak też było na kutrze. henryk w mozole wciągał kotwicę żeby wyruszyć na kolejną przygodę. pech chciał że na kotwicę jakaś kurwa oddała stolec. z usmarowanymi rękoma, płacząc, pobiegł do podchmielonego ojca, który mu ręce umył w obdrapanej emaliowanej umywalce. woda w kranie była przeraźliwie zimna. nieco poźniej gdy miał osiem lat, mama powiedziała mu, że jest nihilistą. nie bardzo rozumiał co to znaczy. kiedy wreszcie zrozumiał, nie umiał temu zaprzeczyć.