20080623

p.s.



ilekroć siadałem ostatnio do komputera, żeby coś napisać na blogu, tworzyłem jakiś tam szkic co, o czym, i dlaczego. po dwóch czy trzech linijkach, kompletnie traciłem ochotę by dalej pisać. zwykle tu pisałem gdy osiągnąłem jakieś apogeum emocji, czy to złych, czy dobrych. choć zwykle złych. jest pewna bariera jakiejś tam wrażliwości. ja ją zdaje się przekroczyłem i kompletnie nie mam już na nic siły.
żyjemy w czasach powszechnego pędu czy też głodu. tak można by to nazwać. jesteśmy głodni wrażeń, doznań, przygód, romansów, miłości, kariery, informacji, jesteśmy głodni niemal wszystkiego. nie wiem czy jest to czas w ktorym łatwo czy trudno ten głód zaspokoić. liczy się pęd. liczy się rozmach. liczy się błyskawiczny efekt. dla mnie zwykle liczyły się rzeczy drobne. teraz nie jestem do końca pewien czy liczy się cokolwiek. nie chcę by ten post to był jakiś lament. po prostu manifestuję swoje niezadowolenie. takie totalne niezadowolenie. głównie z relacji jakie budujemy, bo z reguły są dość płytkie.
parę dni temu powiedziałem komuś w rozmowie, że już nic nie budzi moich emocji. może nieco sie pośpieszyłem bo w kilka godzin później potrącił mnie autobus. to wzbudziło we mnie całą masę skrajnych emocji. ale czy to jest tak, że musi nas potrącić autobus żebyśmy coś odczuli? autobus nie jest tu żadną alegorią, choć mógłby za taką uchodzić. chciałem tylko powiedzieć: nie śpieszmy się za bardzo, bądźmy dla siebie mili, bądźmy ostrożni na jezdni. nikt nie daje nam gwarancji że istnieje jutro.

31st. - the last.




nihilizm - sceptycyzm absolutny, odrzuca wszelkie przyjęte wartości, normy, zasady, prawa życia zbiorowego i indywidualnego. zakłada że ludzka egzystencja jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia, celu lub zasadniczej wartości.







20080611

30th.



jest taka kategoria doznań których nie da się opisać słowami. nie ulegają rozkładowi na pojęcia jakimi dysponujemy w mowie i piśmie. niektóre z nich to takie, które można znaleźć na w pamiętnikach i złotych myślach każdej przeciętnej nastolatki. pierwszy pocałunek, pierwsza noc poza domem, pierwsze wakacje bez rodziców. brzmi śmiesznie i prozaicznie, ale jedynie tak długo jak długo nie połączy się tych wspomnień, z jakimś doznaniem organoleptycznym bądź słuchowym. doznania zmysłowe najlepiej przywoływać doznaniami zmysłowymi. jest tylko jedna złota reguła która tych wspomnień dotyczy. należy je celebrować w samotności. czasem odkrycie takiego wspomnienia wymaga pomocy przypadku, zbiegu okoliczności. wszystkie miejsca w których już kiedyś byliśmy, wszystkie dźwięki, zapachy, smaki, faktury. to one stanowią kapitał, którym odpowiednią dysponując zapewnimy sobie względne szczęście.
przyszły pierwsze dni lata. wiosna nas już pożegnała ostatnimi mniszkami lekarskimi. odwiedziłem dziś powiśle z którego wracałem 171. rzadko jeżdżę autobusami. kiedy jeszcze metro sięgało jedynie ratusza wcale z niego nie korzystałem. tęsknię za kilkoma liniami autobusowymi. moją ulubioną było 415, mimo tego że nie mogłem nią jeździć kiedy wagarowałem. 415 był autobusem pośpiesznym pracującym w godzinach ~6.00-9.30 i 15.00-19.00. trasę zaczynał na hucie, kończył chyba w rembertowie. jeśli zabawiłem gdzieś na jego trasie zbyt długo, wracałem 515 z którym się dublował. w ostatnim wieczornym autobusie nie było tłoku a uchwyty na drążkach kołysały się idealnie zsynchronizowane. szyby łomoczące w źle uszczelnionych oknach nie pozwalały ominąć przydomowego przystanku.
lata temu, co dzień przed obiadem, dziadek rytualnie mył mi ręce. byłem wtedy jeszcze taki tyci. dziadek pachniał tytoniem amphora. mydło było marki imperial leather.
lata temu, kryłem się z papierosami przed siostrą, byliśmy już nieco więksi. wydało się że oboje palimy w pewne pamiętne wakacje na żaglach. papierosy były marki maxwell.
lata temu, z pewną młodą damą poznawałem przyjemności płynące z przebywania w jednej pościeli. potem jedliśmy lody miętowe. lody były z zielonej budki.
mam całą masę nazw, smaków i zapachów które noszą czyjeś imię. wesołe piosenki przy których się płacze i te smutne przy których się śmieje. filmy których nie ogląda się po raz kolejny. 
wszystko co dobre, prędzej czy poźniej się kończy. to szczyt banału ale tak właśnie jest. wszystkie fajne rzeczy się kończą, a zastępują je z reguły kompletnie chujowe. marcela prousta zastąpiła katarzyna grochola, kulturę rave i ecstasy zastąpiła kultura klubowa i kokaina. można by mnożyć przykłady ale chyba nie w tym rzecz, każdy może w jednej sekundzie przytoczyć sobie ich setki. na szczęście jest co pamiętać.

20080605

29th.



dzieci jak są malutkie, takie tycie tycie, z reguły potwornie drą papy. wiem bo słyszę to raz w miesiącu jak odwiedzam siostrę w mieście łodzi. sałata, ta dziesięciomiesięczna, jest specjalistką od pokonywania kolejnych barier, w sile wydawanego przez siebie dźwięku. zwykle składającego się z jednej spółgłoski i ogonka samogłosek(łeee[e]). ten ich płacz, nie ciągnie za sobą jednak potoku łez i bólu istnienia. chociaż mogę się mylić. to raczej czysty płacz, nie lament. to taka wprawka w samej czynności jaką jest płacz. a on towarzyszy ludziom od narodzin aż do przykrego końca. sporo ostatnio się nad nim zastanawiałem. głównie z powodu przykrych okoliczności jakie wystąpiły w ubiegłym tygodniu. miałem na ten temat jakąś głębszą i pewnie całkiem mądrą myśl. ona gdzieś tam pognała, a ja coś tam jednak nasmaruję. zdawało mi się, jak byłem młodszy i szczuplejszy, że płacz jest cechą młodości, czy nawet dzieciństwa. jako młodzieniec raczej melancholijny, często skrycie roniłem sobie łezkę. a to jakaś młoda dama dała kosza, a to wywalili ze szkoły, a to tatuś znów popił i ubliża mamusi, a siostrę od najgorszych wyzywa. zawsze jakiś powód do łezki lub dwóch miałem. z wiekiem chłopcy i dziewczęta dojrzewają, poważnieją, sami rozliczają się z urzędem podatkowym i płaczą już mniej. ale nie. wcale tak nie jest. my się dopiero płaczu uczymy. do perfekcji dojdziemy zaglądając do wilgotnej ziemi. 
jest mi bardzo bardzo przykro, że niektórzy muszą się płaczu uczyć na tym, na co nikt nie zasługuje, a co z kolei zasługuje na lament więcej niż niepojęty. a szczególnie przykre, że uczą się go znacznie za wcześnie. bo nie ma nic gorszego niż przyśpieszona lekcja rozpaczy.
nie wysmażę dziś nic więcej. idę pobyć ze swoją empatią sam na sam.