20080527

28th.


znam taki jeden beznadziejny przypadek. przypadek nazywa się henryk.
henryk jest młodym chłopakiem, nieco zbyt ambitnym, nieco zbyt zagubionym. kolejne dni życia henryk zapełnia sobie myśleniem. zwykle myśli "co by było gdyby(...)". ale to nie wszystko. w głowie toczy się non stop projekcja. projekcja zazwyczaj, nie sięga dalej niż satelity telekomunikacyjne, obiegające naszą małą niebiesko zieloną planetę, kilkanaście razy na dobę. bo po cóż mierzyć aż tak wysoko. prawda? jednak nawet ta odległość jego myśli, sprawia że czasem coś mu wypada z rąk, i z łoskotem upada na ziemię. niekoniecznie jest to talerz, raczej jakaś ważna sprawa, o której zwyczajnie zapomina. a nie od dziś wiadomo, że sprawy też z łoskotem upadają na ziemię. henryk dobiegając(jak mniemam ze średniej żywotności w jego rodzinie) do jednej trzeciej swojego życia, odkrył że nie istnieje większe uczucie od głębokiej obojętności jaką obdarzał go świat. spacerując kolejno, tymi samymi ulicami co każdego dnia, stopniowo zauważa swoją nieobecność wśród ludzi. od lat bolała go samotność tego szczególnego rodzaju. samotność odczuwana nie samemu, ale w środku jakiejś, nawet życzliwej mu zbiorowości. z biegiem czasu henryk zapadał się w ową samotność coraz głębiej. w końcu utonął. zaczęło mu to odpowiadać.
kiedy zanurzacie głowę pod wodę, bodźce dochodzą osłabione. a to co dochodzi najwyraźniej, to echo. tak też jest z henrykiem. dochodzi do niego wyraźnie tylko echo. przy jego dotychczasowej bezradności wobec własnego losu, i totalnym zagubieniu, to utonięcie to ostatni gwóźdź do trumny. henryk szuka sobie miejsca we własnych wspomnieniach, ale nie odnajduje go. nie wie już kim jest. nie wie też gdzie zmierza.

i to tyle o nim. pogoda w dniu dzisiejszym dopisała. życie zdawało się lżejsze.

1 komentarze:

ecia pisze...

niechze henryk ukroci myslenie