20090206

37th. (znajomości chwilowe.)








ciekawi mnie. jak będą za kilka lat wyglądać wspomnienia dzisiejszych dni. jaki jest proces kodowania i doboru wspomnień które zachowujemy. nie chodzi mi nawet o rzeczy istotne. konkretne. do pamiętania takich nigdy nie miałem zdolności. interesują mnie takie ulotne błahe momenty, które z ckliwością przywołujemy w pamięci. cień firanki na suficie w sierpniowy wieczór, obrót klucza w zamku którego już od lat nie ma w drzwiach, bezmyślnie wypowiedziane zdanie. i ciekawe co pamiętać będziemy oprócz obrazu. jaką myśl przemycimy od "wtedy" do "teraz".
o ilu mniej lub bardziej bliskich osobach nie będziemy już pamiętać? o ilu uściskach dłoni, pocałunkach i uniesieniach, które o dziwo dość łatwo odchodzą w niepamięć. każda znajomość jest jedynie chwilowa. moglibyśmy przytaczać setki takich znajomości, ale akurat nie przychodzą nam do głowy. ale dlaczego? otóż dlatego, że ich nie pamiętamy. czasem odbiją się echem podczas przypadkowego spotkania, i wtedy znjadujemy z nimi sąsiadujące. i pamiętamy je jedynie przez chwilę.
jedziemy razem pięć pięter. z wyjątkiem szumu starego dźwigu windy w absolutnej ciszy. patrzę na mijające mnie numery na drzwiach. na podłogę. na ściany. na swoje buty. na nią staram się nie patrzeć. chcę uniknąć kłopotliwej wymiany spojrzeń. znamy się ledwie chwilę. z dokładnością kilkunastu minut, osiem godzin. uścisneliśmy sobie dłonie. spytałem czy się czegoś nie napije. nie chciała. przez te osiem godzin nie patrzyłem na nią. kiedy dojechaliśmy na parter, pożegnaliśmy się dość ciepło, powiedziałem miło lecz machinalnie "do zobaczenia", chociaż nie chciałbym zebyśmy się jeszcze spotkali. świadomie chcę wrzucić tą znajomość do kosza "zapominanie". nie patrzyłem więc może nie będę pamiętał. niestety nie mam gwarancji, że moje starania przyniosą efekty. chciałbym też, żeby staranne przyglądanie zagwarantowało wspomnienie miłych mi osób. a jest ich parę wartych pamiętania. dla pewności że zrobiłem wszystko co w mojej mocy, przyglądam im się dokładnie. niestety nic nie jest pewne.
a świat stał się do bólu nudny i przewidywalny. my, jako część jego historii, jako jego bohaterowie, staliśmy się niezwykle banalni. wszystko jest już poukładane, dokładnie zaplanowane. a mimo to, niekoniecznie skazane na powodzenie. architektura planów, w których zawsze może czaić się błąd. jeszcze jakiś czas temu, jeszcze wczoraj, mogliśmy bujać głową w obłokach. i utożsamiać się z kulfonem, któremu żaba monika śpiewała "kulfon kulfon co z ciebie wyrośnie? martwię się już od tygodnia".  fajnie było nie podejrzewać co będzie dalej. mogliśmy pamiętać znacznie więcej ponad sprawy zupełnie konieczne. a jak jest obecnie? proste pytania potrafią pozostać bez odpowiedzi. przed zupełnym niepamiętaniem, ratuje nas jedynie nowo nabyty schemat prostych wydarzeń. determinujących nasze obecne życie. od tego dnia do tego - praca. w godzinach takich a takich. a w piątek? - reset systemów. upijamy się. ale chyba już nie po to by dobrze się bawić, znów po to by nie pamiętać. dni są do złudzenia podobne do siebie. zaczynające się kacem nikotynowym, tabletką od bólu głowy w roli śniadania, porannej higieny. 
długie mycie zębów, niemalże przez sen; prysznic, golenie tu i tam; suszenie włosów; wnikliwe badanie postępującego podkrążenia oczu. plan na wieczór też nie jest specjalnie złożony. herbata, kilka papierosów, rozdział książki, prysznic i lulu. 
nie wiele z tego warte jest pamiętania. to dobry powód by nauczyć się doboru wspomnień

20080930

36th. (long way from home)




wysiadam z pociągu. mijam pracownika obsługi metra. mówię mu dzieńdobry, on robi zmieszaną minę. nie kojarzy że widujemy się codziennie. codzień go mijam, codzień wracając do domu wiadam do tego samego wagonu, do tych samych drzwi, codzień z nich wysiadam. facet z metra ma nienagannie czysty i wyprasowany kołnierzyk, swojej służbowej, granatowej koszuli, jest starannie ogolony na twarzy, i na głowie. co widać mimo czarnej, służbowej czapki. robię zmieszaną minę. facet przywodzi na myśl gestapowca. wyjątkowo niesmaczne skojarzenie. ale mamy rok 2008, a ta jego staranność i surowy wzrok, świadczyć mogą jedynie o tym, że podchodzi do swojej pracy bardzo serio. może nawet jej nie lubić. ale ją szanuje.
jadąc dziesięć stacji metra, próbowałem czytać książkę. książka jest wyśmienita, ale nie mogłem się skupić. problemy z koncentracją, zwykle zwalam na twarde narkotyki, którymi uprzyjemniałem sobie czas kiedy byłem nieco młodszy, wam w tym wieku nawet to przez myśl nie przeszło. ale to nieistotne. pochylony nad książką, potrafiłem się zająć jedynie myśleniem o kocim włosie, który z pomocą elektrostatyki przylgnąl do mojego rozporka. w którym kierunku bym nie spojrzał, widziałem go kątem oka. wkurwił mnie niesamowicie, ale nie zdjąłem go. uczę się panowania nad złością. 

a u henryka melancholijnie. późny wrzesień, ubogi w słoneczne dni. mimo przenikliwego wiatru temperatura jest całkiem do przyjęcia. w powietrzu da się wyczuć lekki niepokój. nawet matki szybciej idą odprowadzając dzieci po szkole do domu. henryk wsiada do autobusu, nie ma w nim tłoku, mimo godziny mniej więcej szesnastej. co o tej porze jest dość dziwne. pamiętajcie, że jest w stolicy. w której jest wiecznie tłok, i w której wszyscy się gdzieś śpieszą.  nie jest specjalnie zmęczony, ale wolałby usiąść. jedyne wolne miejsce, nie licząc tego obok śpiącego pijaczka, jest obok dziewczyny mniej więcej dwudziestoletniej. nie jest typową pięknościa ale nie przeszkadza jej to być wyjątkowo atrakcyjną. dobrego wrażenia nie psuje nawet czerwona torebka, sprawiająca wrażenie taniej i trochę tandetnej. ma rozczochrane, ciemne kasztanowe włosy i jeszcze ciemniejsze brązowe oczy. które henryk zauważa mimo tego, że ona uparcie wpatruje się w okno. najchętniej wykazałby się równą obojętnościąi minął ją nawet bez przelotnego spojrzenia. wykluczałoby to jednak przebycie drogi z punktu A do punktu B na siedząco. a pamiętajcie, że o to tutaj chodzi. nieco spłoszony siada obok, angażując wszystkie siły w to, by nie spojrzeć na nią po raz drugi. tego dnia przejechał już trzy razy swój przystanek, tak był pochłonięty lekturą. a teraz jak na złość nie może się skupić chociaż na chwilę. to samo zdanie czyta może już piąty raz, chociaż nie jest nawet podwójnie złożone. później jest już tylko trudniej. nadchodzi fala kilku nerwowych ruchów. ruch pierwszy drugi i trzeci - sprawdza godzinę na telefonie komórkowym. sprawdza aż trzy razy, bo za pierwszym razem nawet nie zauważył wyświetlacza. za drugim razem trafia już wzrokiem na wyświetlacz, ale nie odnajduje na nim godziny. pewnie miała akurat coś do zrobienia. za trzecim razem wie już która godzina, ale po paru sekundach zapomina. nie patrzy po raz czwarty, uznał że poziom irracjonalności stałby się krytyczny. czwarty ruch to włożenie słuchawek odtwarzacza do uszu, co wychodzi mu okropnie niezdarnie, nawet jak na niego. chociaż zwykle słucha muzyki na zycher, teraz ścisza ją potulnie. nie chce wyjść na idiotę. nie ma też zamiaru się odezwać ani zaczepić nieznajomej kasztanki. no bo po co? cicha ta jesień. i taka nieco roztargniona. dwójka nieznajomych. henryk i dziewczyna na fotelu obok, przejeżdżają razem kilka, może kilkanaście przystanków.  ona zwrócona do okna, on z nosem w książce. na jednym z kolejnych ona wstaje, uprzejmie go przeprasza i wysiada. henryk nie zdążył jej się przyjrzeć. nie zdążył zauważyć pieprzyka na lewym policzku, i tego na szyi, tuż za uchem też nie. to było ich ostatnie spotkanie. bóg raczy wiedzieć czy byli dla siebie stworzeni. czy ona by umiała zaakceptować drobne ułomności jego charakteru, a on rozgrzebane szafy i kosmetyki w łazience. obydwoje wypuścili okazję z ręki. nie pierwszą i nie ostatnią.

20080812

35th.





w każdym związku bywają kiepskie chwile. mam teraz takie kiepskie chwile ze światem, mamy takie ciche dni. jak ktoś mnie zna ciut lepiej, wie jak jestem rozlazły, i jak długie lubię pożegnania. ze światem żegnam się już ładne parę lat, a pożegnać nadal nie mogę. jest między nami szczególny rodzaj więzi, sami rozumiecie. napewno chwilowe rozstania nie wchodzą w gre. tu do rozstania, potrzeba zdecydowanych i odważnych kroków. jak ktoś zmnie zna ciut lepiej, wie że ja do takich nie bywam skłonny. szczególnie w kwestii więzi, czy to ze światem, czy z ludźmi. kiedyś miałem samego siebie za niepoprawnego romantyka, takiego wiecie. marzyciela. nic bardziej mylnego. romantyzm umarł. nie ma wśród nas takich, którzy pełni optymizmu przyjmują niespodziewaną wizytę swojej sympatii. taki wiecie, nie zapowiedziany najazd, taki potop szwedzki. niespodzianki nie cieszą, są zajebiście passe. nie lubimy być spontaniczni, choć lubimy tak o sobie myśleć. romantyzm i spontaniczność umarły stosunkowo niedawno, jakąś dekadę temu, w czasie popularyzacji telefonii komórkowej. tak tak, nie ma co robić zdziwionej miny. centertel zabił malinowe chruśniaki. chcemy wszystko mieć ułożone, spontaniczność musi być zaplanowana. lubimy myśleć o sobie masę różnych rzeczy. we własnych wyobrażeniach, każdy z nas jest albo indywidualistą, albo dziwakiem, albo awangardowym artystą, albo jest ciut szalony i ciut zwartiowany. a są też tacy którym się wydaje, że żyją pełnią życia. prawda jest zgoła inna. prawdziwi indywidualiści, outsiderzy, żyją wzgardzeni przez ciut szalonych i ciut zwariowanych, czasem nawet nie wzgardzani, czasem zwyczajnie nie zdajemy sobie sprawy z ich istnienia. bo co jak co, ale prawdziwy indywidualizm siedzi zwykle w miękko obitych pokojach. ale jakie to ma znaczenie, dla nas. awangardowych indywisualistów, szalonych outsiderów, zwariowanych romantyków. subiektywizm naszych wyobrażeń o świecie i o sobie, zawsze będzie nam kazał, umieszczać nas samych, w centrum naszych własnych zainteresowań. my zwyczajnie lubimy myśleć o sobie. fantazjować o sobie. kiedyś wydawało mi się, że fantazjowanie jest domeną dzieci, i że to one panują w tej dziedzinie niepodzielnie. nie po raz pierwszy strasznie się pomyliłem. każdy kto myślał podobnie, powinien zrobić przegląd profili na gronie, naszej klasie, myspace, facebook, sympatii czy dowolnym innym pokrewnym serwisie społecznościowym. nie wiem czy fantazje które ludzie wypisują w "o sobie", są już objawem szaleństwa, czy w pełni świadomym kłamstwem. bo musicie wiedzieć, że fantazje jako pochodna nieświadomości, dzielą sie na świadome i nieświadome. fantazje nieświadome, mogą być przyczyną nerwicy i schizofrenii. tak przynajmniej uważał freud. zróbmy więc wspólnie rachunek sumienia, czy faktycznie "nie da się mnie opisać", czy "jestem jak ogień i woda, czerpię z życia garściami", czy "moja natura jest jak perła - pełna wdzięku". może jednak da się każdego z nas opisać? może napiszę tu takiego "gotowca". każdy będzie mógł go wykorzystać w swoim wirtualnym profilu. to było by coś takiego: budzę się rano, biorę prysznic, dzień wypełniam zupełnie nieciekawymi i niepotrzebnymi czynnościami, po wieczornych zabiegach higienicznych zasypiam. powtarzam to średnio dwadzieścia trzy tysiące, siedemset dwadzieścia pięć razy w ciągu całego życia. potem umieram. (23725 dni to średnia długość życia w 1995 roku, według światowego raportu zdrowia z 1998, wybaczcie, nowszego nie znalazłem). więc jak jest z wami? czy jesteście w stanie jeszcze, odróżnić swoje świadome fantazje od nieświadomych? zresztą to bez różnicy. najważniejsze, że przyjdzie dzień, w którym wszystko runie, będziemy mieli mniej radości ale i zmartwień pewnie też mniej.


20080731

34th.



w życiu jest tak, że jak nie dzieje się nic, to jest gorzej niż jakby działo się źle. czas nie lubi stać w miejscu, a jak na złość ciągle próbuje. to taki totalny bezruch. sen somnabulika. głowa funkcjonuje niezależnie od ciała. i jakby się nie szarpać nic na to nie da się zrobić. działamy poza własną wolą, a żniwo naszych działań, jest karą zarówno dla ciała jak i ducha. niestety nie tylko naszego. nie podam żadnych przykładów. niech każdy ma szanse to zinterpretować według własnych doświadczeń. już kilkakrotnie miałem okazję, dotkliwie poczuć na własnej skórze, jakie są konsekwencje własnej niemocy. i czasem wiąże się to albo z całkowitym brakiem działania, albo z jego nadmiarem. nade mną wisi jeszcze parę wyroków. jedne za to co powiedziałem lub zrobiłem, jedne za to co przemilczałem i czego nie tknąłem palcem. trudno określić które będą sroższe. często mam przerwy w mówieniu, myśleniu, czuciu i oddychaniu. teraz wszystkie te przerwy nałożyły się na siebie. jedyne co robię, to nadal lokalizuję ośrodki bólu. i to z coraz większą skutecznością.


20080704

33rd.



lokalizuję ośrodki bólu. ale dziś nie o tym. na wstępie dwie życiowe prawdy-nieprawdy. pierwsza: wcale nie jest prawdą, że jak śpiącej osobie włożycie dłoń do wody to zleje się w łóżko. kompletna brednia. najwyżej się obudzi i będziecie musieli stawić czoła konfrontacji fizycznej. druga: sól w pościeli jest równie mało skuteczna. jej przewagą jest, że nie dostaniecie w papę za kiepskie poczucie humoru. przynajmniej nie w trybie natychmiastowym. ale dziś też nie o tym.
jeden z moich wykładowców - profesor wrzesień, podczas korekty jednego z moich cykli powiedział, że zdjęcia są świetne, ale szkoda że nie są mądre. nie zabolał mnie ten komentarz, bo wcale nie zakładałem sobie, że mają być mądre. po tamtej rozmowie przemyślałem sobie całą sprawę, tamte zdjęcia nie dość że nie były mądre, to w dodatku nie były nawet głupie. robić głupie rzeczy lub być głupim jest trudniej niż by się wydawało. może jest we mnie jakaś ułomność bo nie przychodzi mi to z taką łatwością jak większości ludzi. faktem jest że żyjemy w epoce głupoty. głupota gwarantuje wygodę i spokój ducha, głupi człowiek niezależnie czy bogaty czy biedny, ładny czy brzydki, jest stosunkowo szczęśliwszy niż mądry. głupota jest motorem jego pragnień i uczuć. jego życie jest determinowane przez proste pragnienia. wydawać pieniądze, jeść, spać, uprawiać seks. ostatnio staram się podporządkowywać swój tryb życia, pod zachowania instynktowne, postanowiłem dołączyć do szwadronów ludzi umiarkowanie zadowolonych, względnie szczęśliwych. ale dziś też nie o tym.
od czwartku czekam na przelew za scenografię, którą ostatnio robiliśmy z Zuchą. od tamtego czasu mam 1 złoty i potężny głód nikotyny. ale do rzeczy. teraz o tym. tyrasz dzień w dzień, i nie ważne jak bardzo lubisz swoją pracę, jest ci mega mega kurwa źle. ale nie ze zmęczenia. to jest tak. pracujesz i jest w porządku, wracasz do domu odpocząć, a głowa rozbija się o cztery ściany, w których nie dość że jesteś sam, to na dodatek jest chujowa akustyka. rano wstajesz znów do pracy, wracasz znów do domu, i znów nic. totalnie nic się nie dzieje. kiepsko spotkać w metrze kogoś znajomego, on cię spyta "co tam?", a ty wychodzisz na dupka mówiąc prawdę. nic. ale puenta jest taka: fajne rzeczy to takie które są fajne. i fajne są rzeczy drobne i łatwe. dziś był straszny upał, pojechałem rowerem pomoczyć nogi w fontannie. to było fajne. później posiedziałem w kawce, uciąłem miłą pogawędkę z nieznajomą. to też było fajne. wracając do domu podjechałem do osiedlowego sklepu "u zuzanny". wziąłem fajki na kreskę. a teraz siedzę i palę jednego za drugim. to jest fajne. i na dodatek takie proste.

20080701

32nd. ( parę słów o henryku.)



mały chłopiec ze starej fotografii to henryk. ma jasne blond włosy, które zdają się być zupełnie białe. jak był jeszcze chłopcem, mama mówiła mu że ma oczy wielkie i niebieskie jak jeziora mazurskie. lubił tego słuchać.
gówniane życie zaczęło się dla niego, gdy miał około pięciu lat. spędzał wakacje z rodziną w jakiejś miejscowości nadmorskiej. wieczorami panowały w niej niepodzielnie chrabąszcze i świerszcze. w okolicy stał stary, pordzewiały kuter który dzieci zaanektowały jako plac zabaw. stał w samym środku morza więdnących mniszków lekarskich i pylących drzew. henryk w owym czasie, najbardziej na świecie kochał burta lancastera. znanego mu wówczas jako karmazynowy pirat. wcielał się w niego przy każdej sposobności do zabawy. tak też było na kutrze. henryk w mozole wciągał kotwicę żeby wyruszyć na kolejną przygodę. pech chciał że na kotwicę jakaś kurwa oddała stolec. z usmarowanymi rękoma, płacząc, pobiegł do podchmielonego ojca, który mu ręce umył w obdrapanej emaliowanej umywalce. woda w kranie była przeraźliwie zimna. nieco poźniej gdy miał osiem lat, mama powiedziała mu, że jest nihilistą. nie bardzo rozumiał co to znaczy. kiedy wreszcie zrozumiał, nie umiał temu zaprzeczyć.

20080623

p.s.



ilekroć siadałem ostatnio do komputera, żeby coś napisać na blogu, tworzyłem jakiś tam szkic co, o czym, i dlaczego. po dwóch czy trzech linijkach, kompletnie traciłem ochotę by dalej pisać. zwykle tu pisałem gdy osiągnąłem jakieś apogeum emocji, czy to złych, czy dobrych. choć zwykle złych. jest pewna bariera jakiejś tam wrażliwości. ja ją zdaje się przekroczyłem i kompletnie nie mam już na nic siły.
żyjemy w czasach powszechnego pędu czy też głodu. tak można by to nazwać. jesteśmy głodni wrażeń, doznań, przygód, romansów, miłości, kariery, informacji, jesteśmy głodni niemal wszystkiego. nie wiem czy jest to czas w ktorym łatwo czy trudno ten głód zaspokoić. liczy się pęd. liczy się rozmach. liczy się błyskawiczny efekt. dla mnie zwykle liczyły się rzeczy drobne. teraz nie jestem do końca pewien czy liczy się cokolwiek. nie chcę by ten post to był jakiś lament. po prostu manifestuję swoje niezadowolenie. takie totalne niezadowolenie. głównie z relacji jakie budujemy, bo z reguły są dość płytkie.
parę dni temu powiedziałem komuś w rozmowie, że już nic nie budzi moich emocji. może nieco sie pośpieszyłem bo w kilka godzin później potrącił mnie autobus. to wzbudziło we mnie całą masę skrajnych emocji. ale czy to jest tak, że musi nas potrącić autobus żebyśmy coś odczuli? autobus nie jest tu żadną alegorią, choć mógłby za taką uchodzić. chciałem tylko powiedzieć: nie śpieszmy się za bardzo, bądźmy dla siebie mili, bądźmy ostrożni na jezdni. nikt nie daje nam gwarancji że istnieje jutro.

31st. - the last.




nihilizm - sceptycyzm absolutny, odrzuca wszelkie przyjęte wartości, normy, zasady, prawa życia zbiorowego i indywidualnego. zakłada że ludzka egzystencja jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia, celu lub zasadniczej wartości.







20080611

30th.



jest taka kategoria doznań których nie da się opisać słowami. nie ulegają rozkładowi na pojęcia jakimi dysponujemy w mowie i piśmie. niektóre z nich to takie, które można znaleźć na w pamiętnikach i złotych myślach każdej przeciętnej nastolatki. pierwszy pocałunek, pierwsza noc poza domem, pierwsze wakacje bez rodziców. brzmi śmiesznie i prozaicznie, ale jedynie tak długo jak długo nie połączy się tych wspomnień, z jakimś doznaniem organoleptycznym bądź słuchowym. doznania zmysłowe najlepiej przywoływać doznaniami zmysłowymi. jest tylko jedna złota reguła która tych wspomnień dotyczy. należy je celebrować w samotności. czasem odkrycie takiego wspomnienia wymaga pomocy przypadku, zbiegu okoliczności. wszystkie miejsca w których już kiedyś byliśmy, wszystkie dźwięki, zapachy, smaki, faktury. to one stanowią kapitał, którym odpowiednią dysponując zapewnimy sobie względne szczęście.
przyszły pierwsze dni lata. wiosna nas już pożegnała ostatnimi mniszkami lekarskimi. odwiedziłem dziś powiśle z którego wracałem 171. rzadko jeżdżę autobusami. kiedy jeszcze metro sięgało jedynie ratusza wcale z niego nie korzystałem. tęsknię za kilkoma liniami autobusowymi. moją ulubioną było 415, mimo tego że nie mogłem nią jeździć kiedy wagarowałem. 415 był autobusem pośpiesznym pracującym w godzinach ~6.00-9.30 i 15.00-19.00. trasę zaczynał na hucie, kończył chyba w rembertowie. jeśli zabawiłem gdzieś na jego trasie zbyt długo, wracałem 515 z którym się dublował. w ostatnim wieczornym autobusie nie było tłoku a uchwyty na drążkach kołysały się idealnie zsynchronizowane. szyby łomoczące w źle uszczelnionych oknach nie pozwalały ominąć przydomowego przystanku.
lata temu, co dzień przed obiadem, dziadek rytualnie mył mi ręce. byłem wtedy jeszcze taki tyci. dziadek pachniał tytoniem amphora. mydło było marki imperial leather.
lata temu, kryłem się z papierosami przed siostrą, byliśmy już nieco więksi. wydało się że oboje palimy w pewne pamiętne wakacje na żaglach. papierosy były marki maxwell.
lata temu, z pewną młodą damą poznawałem przyjemności płynące z przebywania w jednej pościeli. potem jedliśmy lody miętowe. lody były z zielonej budki.
mam całą masę nazw, smaków i zapachów które noszą czyjeś imię. wesołe piosenki przy których się płacze i te smutne przy których się śmieje. filmy których nie ogląda się po raz kolejny. 
wszystko co dobre, prędzej czy poźniej się kończy. to szczyt banału ale tak właśnie jest. wszystkie fajne rzeczy się kończą, a zastępują je z reguły kompletnie chujowe. marcela prousta zastąpiła katarzyna grochola, kulturę rave i ecstasy zastąpiła kultura klubowa i kokaina. można by mnożyć przykłady ale chyba nie w tym rzecz, każdy może w jednej sekundzie przytoczyć sobie ich setki. na szczęście jest co pamiętać.

20080605

29th.



dzieci jak są malutkie, takie tycie tycie, z reguły potwornie drą papy. wiem bo słyszę to raz w miesiącu jak odwiedzam siostrę w mieście łodzi. sałata, ta dziesięciomiesięczna, jest specjalistką od pokonywania kolejnych barier, w sile wydawanego przez siebie dźwięku. zwykle składającego się z jednej spółgłoski i ogonka samogłosek(łeee[e]). ten ich płacz, nie ciągnie za sobą jednak potoku łez i bólu istnienia. chociaż mogę się mylić. to raczej czysty płacz, nie lament. to taka wprawka w samej czynności jaką jest płacz. a on towarzyszy ludziom od narodzin aż do przykrego końca. sporo ostatnio się nad nim zastanawiałem. głównie z powodu przykrych okoliczności jakie wystąpiły w ubiegłym tygodniu. miałem na ten temat jakąś głębszą i pewnie całkiem mądrą myśl. ona gdzieś tam pognała, a ja coś tam jednak nasmaruję. zdawało mi się, jak byłem młodszy i szczuplejszy, że płacz jest cechą młodości, czy nawet dzieciństwa. jako młodzieniec raczej melancholijny, często skrycie roniłem sobie łezkę. a to jakaś młoda dama dała kosza, a to wywalili ze szkoły, a to tatuś znów popił i ubliża mamusi, a siostrę od najgorszych wyzywa. zawsze jakiś powód do łezki lub dwóch miałem. z wiekiem chłopcy i dziewczęta dojrzewają, poważnieją, sami rozliczają się z urzędem podatkowym i płaczą już mniej. ale nie. wcale tak nie jest. my się dopiero płaczu uczymy. do perfekcji dojdziemy zaglądając do wilgotnej ziemi. 
jest mi bardzo bardzo przykro, że niektórzy muszą się płaczu uczyć na tym, na co nikt nie zasługuje, a co z kolei zasługuje na lament więcej niż niepojęty. a szczególnie przykre, że uczą się go znacznie za wcześnie. bo nie ma nic gorszego niż przyśpieszona lekcja rozpaczy.
nie wysmażę dziś nic więcej. idę pobyć ze swoją empatią sam na sam.

20080527

28th.


znam taki jeden beznadziejny przypadek. przypadek nazywa się henryk.
henryk jest młodym chłopakiem, nieco zbyt ambitnym, nieco zbyt zagubionym. kolejne dni życia henryk zapełnia sobie myśleniem. zwykle myśli "co by było gdyby(...)". ale to nie wszystko. w głowie toczy się non stop projekcja. projekcja zazwyczaj, nie sięga dalej niż satelity telekomunikacyjne, obiegające naszą małą niebiesko zieloną planetę, kilkanaście razy na dobę. bo po cóż mierzyć aż tak wysoko. prawda? jednak nawet ta odległość jego myśli, sprawia że czasem coś mu wypada z rąk, i z łoskotem upada na ziemię. niekoniecznie jest to talerz, raczej jakaś ważna sprawa, o której zwyczajnie zapomina. a nie od dziś wiadomo, że sprawy też z łoskotem upadają na ziemię. henryk dobiegając(jak mniemam ze średniej żywotności w jego rodzinie) do jednej trzeciej swojego życia, odkrył że nie istnieje większe uczucie od głębokiej obojętności jaką obdarzał go świat. spacerując kolejno, tymi samymi ulicami co każdego dnia, stopniowo zauważa swoją nieobecność wśród ludzi. od lat bolała go samotność tego szczególnego rodzaju. samotność odczuwana nie samemu, ale w środku jakiejś, nawet życzliwej mu zbiorowości. z biegiem czasu henryk zapadał się w ową samotność coraz głębiej. w końcu utonął. zaczęło mu to odpowiadać.
kiedy zanurzacie głowę pod wodę, bodźce dochodzą osłabione. a to co dochodzi najwyraźniej, to echo. tak też jest z henrykiem. dochodzi do niego wyraźnie tylko echo. przy jego dotychczasowej bezradności wobec własnego losu, i totalnym zagubieniu, to utonięcie to ostatni gwóźdź do trumny. henryk szuka sobie miejsca we własnych wspomnieniach, ale nie odnajduje go. nie wie już kim jest. nie wie też gdzie zmierza.

i to tyle o nim. pogoda w dniu dzisiejszym dopisała. życie zdawało się lżejsze.

20080523

27th.


godzina 2.41. pora o której wszyscy grzeczni chłopcy i dziewczęta już śpią. widocznie nie jestem jednym z tych grzecznych chłopców, dziewczęciem zdaje się też nie.
wziąłem wieczorny prysznic, musiałem zmyć z siebie szary pył domowej pieleszy. z pośpiechu włożyłem do spania, białą koszulkę która niedawno awansowała z nocnej na wyjściową. tą ozdobioną sztucznie bladą twarzą, idola paru milionów skretyniałych fanów popu lat dziewięćdziesiątych. twarzą będącą koszmarem nocnym kilku, bądź kilkunastu nastoletnich chłopców. mimo że właścicielowi tej twarzy niczego nie udowodniono. pewnie dlatego że podpisał kilkumilionowe porozumienia ze stroną powództwa. wstałem żeby się przebrać.
po prysznicu wysmarowałem się balsamem. trzeba młodość, świeżość i miękkość zachować jak najdłużej. młodość o której świadczą tylko daty w dokumentach, bo powietrze którym się otaczamy jest ciężkie od dymu, kolagen od niezdrowego trybu życia mówi nam dziś dość wcześnie "pierdol się". twarze non stop przylepiamy do kineskopów a plecy skręcamy w banana. nie chcę pisać peanu o wstawaniu wcześnie i bieganiu w dresie po parku. bo po co? zdaje się, że im większą mamy świadomość konsekwencji naszego postępowania, tym mniej nas to obchodzi. musiałbym zbyt dużo znaków naprodukować, żeby tą myśl jakoś przybliżyć. a zdaje się że i tak nie ma sensu. w dodatku dość późno się zrobiło, a potrzeba snu powoli ustępuje lękowi przed nim.
jutro może być lepszy dzień.

20080507

25th. (youknow)


w słoneczne dni miewam problemy ze składnią. jak rowerem podjadę pod górkę to też z oddychaniem. do klepania w klawisze oddech co prawda nie jest potrzebny, no może tylko taki na granicy przeżycia.
dziś zero dołków natury egzystencjonalnej. no może troszkę jestem zły że znów zrobiłem chujowe zdjęcia. może troszkę zazdroszczę maćkowi i adasiowi że mają nowe pstrykadełka, troszkę mnie wkurwia że mój haś leży zjebany i zakurzony, a czas do zjazdu zapierdala z prędkością światła(299792458 m/s) a ja nie robię nic lub prawie nic. ale po cóż nam jakieś działanie, po cóż pracować, po co zadawać sobie trud. wreszcie świeci słońce. a każdy dzień, czy to zły czy dobry, wreszcie się kiedyś kończy. amen

20080506

24th.

taka drobna symulacja śmierci rodziców. łatwiej jest oglądać ich żywych-martwych niż martwych-żywych. pewnie się nie ucieszą jak to zobaczą. no trudno

jakoś tak nagle nie mam ochoty już na nic. w dziwny sposób moje samopoczucie zaczęło pasować do dzisiejszej ilustracji. mój nastrój jest odrażająco młodzieżowy. tetmajer napisał:

Zasnąć już!.... Noc ta pochmurna, bezgwiezdna,
posępnych widzeń krynicą jest bez dna
zasnąć już, skłonić na nirwany łono
głowę płonącą, bez miary zmęczoną...

Przepłynął przez nią strumień myśli długi,
a jedna była smutniejszą od drugiej,
a wszystkie były smutne bezlitośnie
chcę spać, choć wiem, że ciągu myśli dośnię...

20080504

23rd. (samotnośćwkurwasieci)


ktoś mądry powiedział że warto żyć dla przelotnych spojrzeń. tych z autobusów i tramwajów. takie krótkie uniesienia budują w nas pozory szczęścia. to i kupowanie ciuchów.
najlepiej zakochiwać się co chwila, i zawsze w kimś obcym, żeby za każdym razem był to romans doskonały, bo niedokonany. dziś się nie kochałem w autobusach i tramwajach. tęskniłem w rzęsistej ulewie za błotnikami do roweru. pędziłem tamką w dół bez hamulcy i mokłem słuchając pj harvey. dziś będzie długi morał.
kochajmy się kurwa ale nie przez internet. pewnie istnieje jakiś rodzaj współżycia z kablem światłowodowym, ale ja nie chce o nim nic wiedzieć. dziwi mnie, że akurat te brednie, przesyłam za pomocą jakiegoś satelity, w przestrzeń która nie istnieje kiedy nie ma prądu. a ludzie wiszący na klawiaturach chyba istnieją? w sumie co z tego skoro na nich wiszą. setki tysięcy zer i jedynek podróżuje falami elektromagnetycznymi, a my nawet przez chwilę nie jesteśmy mniej samotni.
dziś jak od dawna nie, potrzebuję kogoś dotknąć i powąchać. w zastępstwie tego muszę się uszczypnąć. coś poza świecącym pudełkiem napewno istnieje. pachnie i smakuje.

22nd.


moje własne miejsce na świecie, wyprodukowane ze śmiecia. kto nie widział to może poczytać, kto widział to jego.
człowiek jest niezwykle interesującym stworzeniem. a skoro stworzony na obraz i podobieństwo boga to bóg też musi być interesujący. tak, bóg pewnie jest superhiper mega czad interesujący.
łatewer. ludzie potrafią w niezwykły sposób ewoluować. co czyni ich jeszcze bardziej interesującymi, i co jest niezgodne z jedyną słuszną słusznością wyznających jeszcze boga. będącego już jedynie symbolem popkultury. takim jak jest madonna (ta od dzieciątka też, chociaż miałem na myśli material girl). ale nie to jest przedmiotem mojego nocnego pleple. od jutra, jak zresztą codzień, postanowiłem zmieniać życie na lepsze. tak jak niektórzy nałogowcy zaczynam od małych kroków (np. pożalsięboże palacze, palący w zastępstwie czerwonych sobieskich 3 paczki r1 na dobę). od jutra piję w nocy tylko mineralkę. należę do tych których dręczy nocne pragnienie. więc jak znajdzie się jakaś herbata przy łóżku, to do rana jej nie ma. sok też idzie w ilościach hurtowych gdy światła zgasną. a jak powszechnie wiadomo ząbki sie od tego psują (była kiedyś taka reklama, z której wyniosłem że dziewczęta mają w dupie moje poczucie humoru. interesują je zdrowe zęby i świeży oddech). tak więc od jutra tylko woda mineralna, i zero fajek po myciu zębów. pamiętam ze szkoły średniej, taki adaś napisał :
"Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca."
ja do ambitnych nie należę. zdjęć robię mało i do szuflady, podbój świata zostawiam innym, a swoje życie zmieniam na odpierdol się. nie pijąc soku i nie paląc fajek po wieczornych zabiegach higienicznych jamy ustnej. jak widać nie zawsze można być nonkonformistą. statystyki żadnej nie znalazłem żeby tu przytoczyć, ale wiem i widzę, że 99% ludzkości zajmuję się głównie tym, jakby tu sobie skutecznie spierdolić życie. sam też postanowiłem podłączyć się do tego nurtu. z tą jedynie różnicą że chce spierdolić je ze zdrowym uzębieniem. w końcu dziewczyny cenią to bardziej niż poczucie humoru (na czym ja wyjdę napewno lepiej, bo łatwiej dbać o zęby niż o poczucie humoru, bo i jak to można robić?).
ale ktoś powie "zaraz kurwa zaraz" bo nie piszę o tym że ludzie są interesujący tylko że psują sobie zęby. w sumie to skłamałem w pierwszych akapitach, ludzie są kurwa nudni jak flaki z olejem. ufo nie odwiedza ziemi. ale wcale nie dlatego, że cywilizacje pozaziemskie nie istnieją. tylko dlatego że nie jesteśmy dość interesujący by tu tłukli swoje zielone dupy.
mamy poczucie że robimy coś pożytecznego (nieistotne czy dla siebie czy łaskawie dla reszty świata), i robimy to byle jak. to jest tak: idziemy pobiegać tylko jak dzień wcześniej wciśniemy w siebie bigmaca lub dwa. używamy lnianych toreb na zakupy jak kotka cioci wiesi się zadusi w foliowej. wszystko na próżno bo po fakcie.
mi ta woda zamiast soku też nic nie pomoże, potwornie mnie napierdala ząb. siódemka lewa górna. bozia jej chyba też nie uratuje.

20080422

20th. ( o przyjaźni , o uczuciach, o relacjach)



1. przyjaźń - fikcyjne pojęcie, funkcjonujące w świecie rzeczywistym na zasadzie handlu wymiennego bądź darowizny, mające wiele praktycznych zastosowań. a w tym m.in. ; korzyści materialne, interakcje fizyczne, wyzysk emocjonalny.
2. wdzięczność - spotykana coraz rzadziej, o dziwo zdarza się być zupełnie szczera. ale to nie jest reguła. często wdzięczność w czystej formie jest nieakceptowana. zwykle potrzebny jest "dowód wdzięczności". istnieją rozmaite rodzaje dowodów wdzięczności, np. : danie dupy, prezent (bombonierka jest passe, kwiaty też), gotówka (absolutny hit), przysługa (czasem jest to danie dupy), i inne.
3. pokora - nie mam w sumie pojęcia co to. podobno jakaś cnota moralna.
4. zazdrość - drugi po chciwości napęd dzisiejszego świata. jedni innym zazdroszczą ropy, inni są zazdrośni o dawanie dupy, jeszcze inni o ładny samochód. czasem się to kończy konfliktem zbrojnym, czasem sprawą sądową, czasem policzkiem. jakby się dobrze postarać, można ją wzbudzać umyślnie, celem pozyskania różnych profitów (patrz też: danie dupy, pieniądze, czasem satysfakcja; lub w gimnazjach: notatki, alkohol, narkotyki, danie dupy, czasem satysfakcja).
5. interesowność - podstawa każdej przyjaźni. właściwie ten punkt to podpunkt do przyjaźni.
6. bezinteresowność - znów nie bardzo wiem co to takiego. zwykle występuję jedynie w relacjach: człowiek-zwierzę* , człowiek-roślina**, człowiek-kamień, kamień-kamień, kamień-dwa kamienie, etc.
(*wyjątek - zoofilia, **wyjątek-narkotyki pochodzenia nie syntetycznego).
występuje również w relacjach luźniejszych niż przyjacielskie lub partnerskie, na przykład w koleżeństwie, niestety to z kolei prowadzi do powyższych, więc znów do wyzysku.
7. miłość - podobno prawdziwa zdarza się raz w życiu, zwykle nie trwa długo i kończy się z winy np. dania dupy (a jakże!). źródło niewysłowionych cierpień, niekończących się poświęceń i wyrzeczeń, zazdrości, wszelkich działań absurdalnych(patrz też: kordian, książe karol, rzeźnik z katowic, romeo i julia). czasem wynikających z umiejętności myślenia abstrakcyjnego, czasem z kompletnej bezmyślności.

20080421

19th. (happiness is easy - talk talk)


dwa podstawowe sposoby na bycie szczęśliwym.

- kumpelstwo. bycie przyjacielem wszystkich, znacznie zwiększa szanse na to, że ktoś w odpowiedniej chwili pożyczy ci stówę. ludzie potrzebują czuć się potrzebni, jak by to głupio nie brzmiało, jest to prawda. nawet oczywista oczywistość. taka masa przyjaciół, ułatwia życie i buduje dobre samopoczucie. pani wanda w sklepie na rogu, daje fajki na krechę, pyta jak dopisuje samopoczucie, i o dziwo szczerze jest przejęta twoimi postępami w nauce. ilość przyjaciół wpływa też wprost proporcjonalnie na ilość potencjalnych partnerów seksualnych (patrz też: immisja), i ewentualnych przyszłych członków wspólnoty majątkowej. szczególnie korzystnej jeśli należysz do tych, którzy muszą brać fajki na krechę u pani wandy. niestety szczególnie trudno przyjaźnić się z kanarami. kanary to skończone chuje. podobno bieżąca polityka firm typu pkp lub ztm, polega na zatrudnianiu impotentów, co znacznie zwiększa ich wydajność w pracy. panienki dostają mandat bo to w sumie ich wina że kanarowi nie staje. faceci dostają mandaty, bo są podejrzani o pełną sprawność seksualną, lub przynajmniej o inne formy aktywności seksualnej (patrz też: petting). wnioski nasuwają się same. masa przyjaciół masa atrakcji.

- osobowość mnoga(dissociative identity disorder, DID). wymieniam ją jako drugi sposób na bycie szczęśliwym, choć wydaję się być najlepszym gwaratnem szczęścia. może nie jest to metoda stu procentowa, ale napewno znacznie zwiększa wasze szanse. posiadanie tylko jednej osobowości może prowadzić do wielu konsekwencji. niezadowolenie z własnego ja (patrz też: ego[ja realne], super ego[ja idealne, powinnościowe], id) może być przyczyną depresji (patrz też: dysforia, zespoł cotarda), która wyklucza bycie szczęśliwym. w wypadku gdy masz do dyspozycji, więcej niż jedną osobowość, możesz stres rozłożyć na pozostałe, lub korzystać z akurat szczęśliwej. można też prowadzić romanse na płaszczyźnie dwóch osobowości, bo nie jest wykluczone że są one rożnej płci, a także w różnym wieku. ta możliwość pozwala ominąć metodę na kumpelstwo, zabija samotność i pozwala cieszyć się samym sobą. jak powszechnie wiadomo samozadowolenie(nie samozadowalanie, patrz też: ipsacja) i wysoka samoocena są fundamentami szczęśliwego życia.
gdy pani wanda domaga się zwrotu za fajki, możliwe jest też zrzucenie odpowiedzialności za zwrot długu na inne nieobecne chwilowo ja. któremu może być przez to przykro, może być w dołku. wnioski nasuwają się same. silne zaburzenia w percepcji rzeczywistości przynoszą same korzyści.

20080420

18th. (lowisewryłer)


nowa najwierniejsza z towarzyszek. jej widok przywodzi mi na myśl leśmiana.
(...)
razem z tobą w rozkoszy i kwiatach zaryty,
choćby nade mną nagła wyrosła mogiła,
skrawka ziemi, gdzie miłość do snu mnie złożyła,
nie opuszczę, by odejść w nieznane błękity!
(...)
przejebana pogoda, jak i ogrom pracy ostatnio stoją nam na drodze, do ciągłego, wzajemnego, eksplorowania swoich osobowości. na szczęście pozostają nam wspólne wieczory, którymi mógłbym bez końca ją smarować tu i ówdzie. gdy pogoda się polepszy, ona już natarta będzie czekać bym na niej pojeździł. kocham ją.

20080413

17th. (trainstory)

1. miasto położone w środkowo-wschodniej polsce, na mazowszu nad rzeką wisłą. oficjalną (konstytucyjną) stolicą polski, stało się w 1952 roku.
druga co do wielkości stacja kolejowa warszawy, znajduje się na warszawskiej linii średnicowej, na zachód od stacji warszawa centralna, w pobliżu ronda zesłańców syberyjskich.

2. środek transportu lądowego o trasie wytyczonej torem kolejowym albo liną, którą poruszają się pociągi. kolej jest formą transportu sztywnotorowego, tzn. jej pojazdy mogą poruszać się tylko charakterystycznym dla danej technologii torem.

3. miasto wojewódzkie w środkowej polsce, położone na wysoczyźnie łódzkiej. siedziba władz województwa łódzkiego.
dworzec kolejowy i stacja początkowa na linii do Koluszek, zbudowana z inicjatywy przemysłowca karola scheiblera w 1865 roku. według klasyfikacji PKP ma kategorię B.


raz w miesiącu odwiedzam miasto szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi. gdzie nawet kibole mają inną mentalność. przez resztę miesiąca zdarza mi się do niego nawet zatęsknić. jak dziś.


20080407

16th.


horoskop z zeszłego tygodnia był o tyle optymistyczny co nieprawdziwy. nie kupiłem sobie żadnej sukienki ani sprzętu AGD. pobiłem za to rekord w niespaniu i dwa razy w spaniu. z tego drugiego jestem wyjątkowo dumny. wenus nie zrealizowała moich marzeń a wiosna powiedziała żeby ją pocałować w dupę. większe nadzieje pokładam w dziś rozpoczętym tygodniu. kord wyśle mi matóweczkę a pan tadek nowy rower. wstałem dziś wcześnie i nawet zaliczyłem gimnastykę poranną. wyjątkowo też wypaliłem pierwszego papierosa aż w dwie godziny po obudzeniu. to kolejny rekord do mojej kolekcji. teraz pora na obmyślenie nowego planu podboju świata.

20080331

15th.


jest takie miasto na świecie, gdzie wróbel jest wymierającym gatunkiem, pielęgniarki i górnicy urządzają sobie regularne pikniki, a w samym centrum stoi radziecki pocisk nuklearny o kubaturze 817.000 metrów sześciennych, zbudowany z różowego piaskowca.
pomimo tego miasto to uosabia optymizm i postęp, godny stolicy dwudziesto-pierwszo wiecznego państwa. w którym obce są zacofanie i nietolerancja ,w którym obywatele są zawsze szczęśliwi i nigdy nie muszą się śpieszyć, w którym zawsze świeci słońce.

20080324

14th.


Dziecku, które skończyło rok, stawia się sześć baniek - nad łopatkami, między łopatkami i pod łopatkami, czyli po trzy bańki po każdej stronie pleców. Tyle w zupełności wystarczy. Trzyma się je przez 10 minut, przykrywając plecy kocykiem, by dziecko nie zmarzło, a następnie zdejmuje. Miejsca, w których stawiano bańki, można posmarować kremem, by skóra nie była tak napięta. Dziecko po takim zabiegu powinno zostać w domu co najmniej przez trzy dni, gdyż organizm jest osłabiony i mało odporny na wirusy i bakterie.

20080315

13th. (birthdaystory)



a tak to było w urodziny osiemnaste. dziwnie odległe czasy.
karteczka powyżej jest naprawdę mini mini. różowy długopis miał zapach poziomkowy, ukradłem go dla kogoś jeśli dobrze pamiętam. mogę się mylić, lata już nie te żeby pamiętać.
generalnie to nadal jestem miły i tylko troszkę zdemoralizowany.

20080314

12th. (birthdaystory)


posiadanie penisa, w oczach mojej babci, jest czymś nobilitującym. na siedmioro wnucząt, jestem jedynym chłopcem, i jedynym obdarowywanym. o sześciorgu moich sióstr poglądy wyrażała zawsze w sposób co najmniej niegrzeczny, mimo że dziewczyny się dobrze prowadzą. a już napewno lepiej ode mnie. o mnie zwykła mówić "rodzynek". nie wiem czy powinienem ją winić za udział w budowaniu mojego egocentryzmu. chwilowo nie mam jej nic do zarzucenia. babcia jest starej daty, tak więc nie jestem w stu procentach przekonany, czy to co powyżej to objaw miłości, czy opłata za odpust (Wbrew powszechnemu przekonaniu odpusty średniowieczne nie dotyczyły tak jak obecne darowania kary doczesnej za grzechy, ale zmniejszenia pokuty zadawanej podczas spowiedzi. Z tej przyczyny możliwy był tzw. handel odpustami, polegający na zastąpieniu pokuty ofiarą pieniężną na rzecz Kościoła.)
jeszcze dwa słowa o babci helenie. w roku 1989, historycznie dla nas istotnym, w święta, babcia mi powiedziała "choć do babuni na kolana, babcia niedługo umrze". jak widać moja babcia albo nie lubi dotrzymywać słowa, albo inaczej rozumie słowo "niedługo". nieistotne. trzeba jej przyznać, robi zajebiste pierogi.

pozdrawiam babcię helenę.

20080313

11th.


kinga lat 10. trochę się we mnie podkochuje, ale bez wzajemności.
niestety słabość do mnie mają tylko dzieci.

martin 22:58:08
kinga jest fajna, troszkę stara i szkoda, że nie jest chłopcem

20080312

10.



PAN ALFABET ABECADŁO

muz. Krzysztof Marzec, sł. Piotr Anioł

Pan Alfabet Abecadło
bardzo dużo liter ma

kiedy stoją równo w rządku
A jest zawsze na początku

Pan Alfabet Abecadło
bardzo o nie wszystkie dba

co dzień liczy swe litery
a ma ich dwadzieścia cztery

Pan Alfabet Abecadło
prawie wszyscy znają go

z liter układają słowa
piszą sobie to, co chcą



przysięgam że nigdy, ale naprawdę nigdy, nie miałem problemów z czytaniem ze zrozumieniem. z polaka może nie byłem orłem ale wszystkie nauczycielki mówiły, że to z lenistwa. pytały: "przecież czytasz książki. nie możesz przeczytać jakiejś lektury?". analizę wiersza, może nie na piątkę ale miałem zaliczoną przyzwoicie, mimo że trafiła mi się szymborska.
może nie jestem też zbyt bystry i poczucie humoru pana japy i jerzego kryszaka do mnie nie trafiją (a tym bardziej ich awangardowe fryzury), ale to co powyżej to szczyt wszystkiego. szczególnie przygnębiające, że pan krzysztof marzec znany był jako pan tik-tak, i był moim ulubieńcem aż do końca zerówki. ale tak to już w polskim szoł biznesie bywa. marzec po rozpadzie ZOO poszedł do tiktaka, młynarczyk do siekiery, a janowski do "jaka to melodia". taki smutny nasz polski lajf.
w kolejnej z rzędu rzeczpospolitej.


p.s. hit zespołu ZOO wyszperany na youtube. nie wiem czy na jankowskiego gorzej się patrzy czy gorzej się go słucha.

20080310

9th. (royale with cheese)


20080309

8th. (wielbłądstory)


penetruję inne niż fotografia, formy wyrazu.
jak widać jestem wszechstronnie utalentowany. ten oto wielbłąd wyszedł dziś spod mojej ręki(w dodatku lewej). niestety nie znam sie na wielbłądach więc popełniłem straszny błąd. mianowicie, wielbłądy dwugarbne (baktriany) nie występują w Egipcie, ani w ogóle w afryce, która to jest tłem dla tego wielbłądziego portretu. wielbłądy dwugarbne - baktriany(Camelus ferus) występują na stepach centralnej azji. w Egipcie występują wielbłądy gatunku dromader (Camelus dromedarius) który od wielbłąda dwugarbnego różni się nieco lżejszą budową, większymi rozmiarami, (w tym - dłuższymi nogami) i znacznie mniej obfitym owłosieniem. no i mają kurwa jeden garb. wybaczcie dromadery

20080308

7th. (britstory)


to takie o tym, że nawet gdzieś daleko, gdzie jesteś względnie szczęśliwy. nie masz zbyt wielu problemów, a te które masz możesz mieć w dupie. gdzie zarabiasz 5,5 £ za godzinę, a za podwójną wódkę z redbullem płacisz 2 £. nawet tam jest coś nie tak. wracasz szczęśliwy do domu, a krew złośliwie kapie Ci z nosa. nie chce przestać mimo że nie ma najmniejszego powodu by ewakuować się z Twojego względnie zadowolonego ciała. proza kurwa życia.

20080307

6th.


warszawska wieża babel. epicentrum konsumpcji w piątkowe, wczesne popołudnie. z jedną sylwetką wyretuszowaną. ciekawe jak miała na imię.

5th. (weekend pijanych kierowców)

terrorysta moralista grasuje po warszawie. 3 rolki dziś poszły, a końca nadal nie widać. lubię gościa. mocny jest.
a tak btw:
Od kilku lat liczba śmiertelnych ofiar utrzymuje się na zbliżonym poziomie. Najtragiczniejszym rokiem był 1997, w którym wydarzyło się 66.586 wypadków, w których zginęło 7.311 osób a 83.162 zostało rannych. W roku ubiegłym oraz poprzedzającym go 2003, zdarzyło się niewiele ponad 51 tysięcy wypadków. W 2004 roku w kolizjach drogowych śmierć poniosło 5.712 osób, zaś 64.661 zostało rannych.
Najczęstsze przyczyny wypadków na polskich drogach to nadmierna szybkość (w tym niedostosowanie prędkości do warunków jazdy) oraz alkohol. Według policyjnych statystyk niedostosowanie prędkości do warunków panujących na drodze było w 2004 roku najczęstszą przyczyną wypadków drogowych w 32 procentach wypadków. W ubiegłym roku Policja zatrzymała ponad 80 tysięcy nietrzeźwych kierowców, eliminując z ruchu potencjalnych morderców. Pijani kierowcy to przecież sprawcy około 20 procent wypadków, w tym wielu najcięższych - z wieloma ofiarami śmiertelnymi.

4th. (britstory)


etiuda. polska emigracja zarobkowa

20080306

3rd. (britstory)

2nd. (britstory)


im the king of the mods

20080305

1st. (britstory)

Rodzina jako grupa społeczna:

Związek intymnego, wzajemnego uczucia, współdziałania i wzajemnej odpowiedzialności, w którym akcent pada na wzmacnianie wewnętrznych relacji i interakcji.

W tym ujęciu rodzina pełni funkcje osobowe:

  • małżeńską lub partnerską - bycie żoną lub mężem, partnerem lub partnerką
  • rodzicielską - bycie ojcem lub matką
  • braterską - bycie siostrą lub bratem